środa, 2 września 2009

Mała weganka w wielkim mieście - czyli jak bez kuchni przetrwać przymusowe wyjazdy długoterminowe

I przeżyłam 2 tygodnie obozu inwentaryzacyjnego we Wrocławiu.

Zapisałam tam tyle stron , że nie mogę patrzeć już na klawiaturę. Nie będe nikogo zanudzać szczegółami, powiem jedynie - studiowanie historii sztuki daje mocne kopy w dupę, funduje stres związany z morderczym tempem pracy i bezsenność wywołaną rysowaniem planów kościołów o 4 nad ranem :) Do tego dochodzi jeszcze jeden minus - nie zadbano o hostel z kuchnią.

Zastanawiam się ile schudłam z tego wszystkiego:)

Jako że nie preferuję jadania na mieście (poza tym kogo stać żeby codziennie przez dwa tygodnie wydawać tyle kasy na mini porcję obiadku), ani też nie nadaje się na witarianizm, wzięłam ze sobą podróżny zestaw małej kucharki. Wyglądało to tak:



Nie spodziewałam się tak dobrych efektów przy tak małej ilości czasu i środków i sprzętu. Nie wszystko zdążyłam sfotografować, bo to czego nie zjadłam rozdawałam pozostałym towarzyszom niedoli (brak dostęu do lodówki wywołuje we mnie ludzkie odruchy:) ).

Krolowały przede wszystkim warzywa na parze z zimnymi sosami na bazie tofu, makarony/ryże z warzywami duszonymi i ciecierzycą/soczewicą/fasolką oraz zupy wieloskładnikowe - soczewicowa z cukinią, zupa krem z dyni (foto poniżej).



Po każdym zaliczonym opisie obiektu, kiedy miałam trochę wiecęj czasu, fundowałam sobie koktajle albo desery. Owoce z mlekiem soy, słodki krem czekoladowy zrobiony na bazie przepisu na majonez:) lub smoothie pomarańcz-mango - banan (fota poniżej)



Kilka rad na takie wyjazdy :

Dzwońcie i pytajcie , czy jest kuchnia samoobsługowa.

1. Jeśli odpowiedz na powyższe pytanie brzmi - "tak , będzie Pani miała także do dyspozycji pełen zestaw garnków, kubków , talerzyków, spokojnie wykarmi Pani całą bursę "- to wtedy jesteście w raju i nic wam nie straszne. Omińcie punkt 2. :)

2. Jeśli odpowiedz na powyższe pytanie brzmi - "nie, ale w odległości 300 metrów jest stołówka uniwersytecka , a po drodze kilka kebabów - wiec nie będzie Pani miała problemu". Zastosujcie się do poniższych porad :)

- weźcie ze sobą lekki garnek z pokrywką i podstawką do gotowania na parze, drewnianą łyżkę, zestaw : ostry nóż, widelec, łyżka, kubek, pudełko plastikowe (takie na wynos, ale jednocześnie może służyć za talerz lub miskę na zupę).
Jeśli macie dużo miejsca w plecaku to przewidziana dodatkowa opcja : talerz i miska. Ja sobie życie osłodziłam jeszcze blenderem - bo wiedziałam , że bez niego się załamię:)

-poszukajcie turystycznej kuchenki w piwnicach swoich lub rodziców/teściów /znajomych . Miałam ze sobą niezły oldschool w postaci maszynki firmy PREDOM z lat 80. :)

- pudełko przydaje się, kiedy chcecie zabrać coś ze sobą w teren, ale także pomocne jest przy kupowaniu na wynos ugotowanego juz makaronu/ryżu/kaszy (żeby nie produkować śmieci w postaci styropianowych opakowań). Kupowałam takie bazowe produkty w wegetarianskiej restauracji na wrocławskim Starym Rynku, żeby zaoszczędzić na czasie i nie gotować po kolei, mając do dyspozycji jeden garnek i jeden palnik.




Taka ograniczona wersja kuchni naprawdę daje radę.
Powodzenia w wyjazdach służbowych, ćwiczeniach terenowych i przymusowych obozach uczelnianych!

2 komentarze:

Azzahar pisze...

Jak się robi krem czekoladowy z przepisu na majonez?:D

Czarna Wdowa pisze...

Mam wypisz, wymaluj identyczną grzałkę :>