Ostatnio odwiedziła mnie moja
siostra i przywiozła dwie najpyszniejsze rzeczy na świecie.
Pierwsza z nich to pączki.
Co prawda - nawet już będąc weganką - dużo ich zjadłam , bo przepis banalnie prosty. Ale żadne poprzednie nie dorównują tej wersji - donuty i takie tradycyjne nadziewane czekolada , obficie polane różowym gęstym lukrem i posypane wiórkami czekoladowymi. Można umrzeć ze słodkości.

Składniki (proporcje na bardzo dużo pączków:) ) :
1 kg mąki pszennej
2/3 szklanki oleju
2,5 szklanki mleka waniliowego soy/ryż
2/3 szklanki cukru trzcinowego
10 dag drożdży
łyżka octu
nadzienie - wegańska czekolada gorzka
olej do smażenia
Podgrzewamy olej w jednym garnku. W drugim garnuszku podgrzewamy mleko z cukrem. Gdy mleko będzie podgrzane - wlewamy ok. 5 łyżek do miski , dodajemy szczyptę mąki i cukru i w takiej miksturze rozrabiamy drożdże. Odstawiamy i czekamy aż zaczną rosnąć.
Potem dosypujemy stopniowo mąkę i ugniatamy ciasto na przemian dolewając mleko, dosypując znowu mąki i dolewając ciepłego oleju. Cały czas dodajemy wszystkiego po trochu na przemian - i ugniatamy, ugniatamy, ugniatamy (w międzyczasie należy jeszcze dolać ocet - jest to konieczne, bo spulchnia ciasta i blokuje nadmierne wchłanianie oleju podczas smażenia).
Po wyrobieniu ciasta formujemy pączki . Bierzemy nieduży kawałek , spłaszczamy go lekko, nadziewamy i formujemy kulkę. Jesli mamy ochotę na donuty to robi się to tak - formujemy kulkę, spłaszczamy ją porządnie i kieliszkiem wykrawamy środek:)
Gdy już zrobimy wszystkie pączki, układamy je na blacie i następnie zakrywamy ściereczką by wyrosły, tak na około 30 min.
Pod koniec rozgrzewamy w rondlu olej i wrzucamy pączki kolejno do garnka. Smażą się bardzo szybko, więc jak zbrązowieją to znak , że time is out.
Potem proponuję odsączyć je na papierowych ręcznikach i jak tylko troszeczkę ostygną to można jeść.
Jako dekorację można użyć zwykłego cukru pudru bądź przygotować lukier i sypać rożnymi wiórkami, orzechami, posypkami :)
------------------------------------------------------------------
Pączki były tylko przygotowaniem do prawdziwego cuda, jakim mnie uraczono później. Ciasto to wymyśliła moja siostra i nazwała je (niefortunnie według mnie, ale co tam - spierać się nie będę) wegańskim snickersem. Wolę nazywać je ciastem karmelowo - orzechowym i tyle :) Powiem jedynie, że jest to najlepsze ciasto jakie kiedykolwiek w życiu jadłam.

Przepis
tutaj
I znowu mity o konieczności zastosowania
jajek i mleka
zostały obalone.
Jeśli ktoś spragniony dodatkowych wrażeń to
zapraszam do poślinienia się przy tym.
Planuję w przyszłości sama otworzyć taką knajpkę.