Pokazywanie postów oznaczonych etykietą napoje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą napoje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 lutego 2011

Mango koktajl z płatkami owsianymi.


Troche mnie tutaj nie było, a to wszystko za sprawą przeprowadzki i ogarniania nowego miejsca pomieszkiwania (a gratis z nim jednej niesfornej kotki). Nie oznacza to wcale, że w ogóle nie gotowałam przez ostatnie kilka dni. Trochę przepisów się uzbierało , więc z miejsca wrzucę kilka pod rząd. Co najważniejsze - mam teraz stały dostęp do piekarnika, aha aha. A to oznacza, że ze znajomymi kilogramami pochłaniamy pieczone warzywa śmietnikowe i jest cudownie. Jeszcze cudowniejsze jest to, że można piec w każdym momencie, bez konieczności wyprawy przez pół miasta.

Najpierw koktajl. W sumie nie trzeba go specjalnie zachwalać, po prostu zróbcie go i przekonajcie się sami. Oczywiście polecam odwiedzać śmietniki, bo teraz sezon na owoce egzotyczne.


  • 1 dojrzałe mango
  • 1 dojrzały banan
  • 1 szklanka mleka roślinnego ( miałam gryczane <3>
  • 2 łyżki płatków owsianych

Mango i banana obieramy, kroimy i zalewamy mlekiem. Płatki prażymy na suchej patelni, dodajemy do reszty i konkretnie miksujemy.

czwartek, 21 października 2010

Półkrwawy koktajl z wheatgrassem.





Siup! Powrót po kilku dniach, ale jakich zabieganych dniach. W sobotę spedziłam bardzo fajnie czas we Wrocławiu, a pokazy gotowania to dobra rzecz. Zareklamowałam wszystkie vegan blogi kulinarne jakie tylko mi przyszły na myśl, więc drogie koleżanki i koledzy wzmożona liczba odwiedzin się szykuje.
Cieszmy się, cieszmy, bowiem polskie blogi z wegańskimi przepisami robią dobrą robotę.
Po pierwsze wypełniają lukę jeśli chodzi o wegańskie książki kucharskie dostępne w PL. Po drugie są totalnie za free i każdy może czerpać z nich inspiracje, niezależnie od tego gdzie się znajduje. A po trzecie, moim zdaniem najważniejsze - gotowaniem , pieczeniem, smażeniem i obieraniem autorzy i autorki blogów promują zajebistą rzecz, jaką jest wolny od okrucieństwa styl życia. Bardzo się cieszę, kiedy całkowicie obce mi osoby mówią "dzięki Twoim przepisom zacząłem gotować" ,"dzięki Tobie przestałam jeść mięso", "już miesiąc jem wegańsko" , "nie piję już coca-coli", "ej, a gdzie chodzisz na śmietniki", "jak się robi seitan" , a wymieniać można i długo, więc na słodkim "adoptuj mnie" zakończę :) Nie piszę tego bynajmniej, żeby sobie wlewać. Bardziej interesuje mnie efekt - ludzie zaczynają zmieniać swoje życie , a to oznacza , że taki sposób promocji weganizmu i wyzwolenia zwierząt daje rezultaty.

Jednocześnie sobie samej obiecuję, że muszę więcej pisać i więcej tutaj publikować. Nie samym jedzeniem człowiek żyje. Wiele rzeczy mi samej wydaje się oczywistych , ale często po prostu nie zdaję sobie sprawy z tego , że dla kogoś może to być zupełna nowość.
Dzisiaj zatem będzie o dwóch rzeczach. I o dziwo nie bedzie dziś cukru, ale będzie bardzo zdrowo. Jedna rzecz związana ze zdrowym odżywianiem, a druga ze zdrowym podejściem do swojego ciała.

Jeśli chodzi o odżywianie, to przedstawiam Wam wheatgrass - trawę pszeniczną. Jest to kilkunastodniowa wersja popularnej pszenicy, a jej dużym plusem jest zawartość witamin i minerałów w takich ilościach, że to aż niemożliwe. Więcej informacji znajdziecie tutaj.
Trawa pszeniczna zaliczana jest do tzw. superżywności (superfood) i od dawna jest hitem w Wielkiej Brytanii. Takie rzeczy jak superżywność powoli pojawiają się w polskich sklepach, np. jagody goji, acai czy spirulina, ale nie spotkałam się jeszcze z wheatgrassem. Zagranicą najczęściej sprzedaje się gotowy sok z wheatgrassa (pasteryzowany lub świeży), a w knajpach wegetariańskich i ekologicznych można zamawiać napoje z jego udziałem. W Polsce raczej długo sobie na to poczekamy, ale tak naprawdę już teraz możesz rozpocząć domową uprawę tego cuda. Jeśli masz warunki to skonstruuj sobie taką specjalną półeczkę , a wszelkie instrukcje znajdziesz na tej stronie . Najbardziej przydatnym urządzeniem do przetworzenia trawy jest wyciskarka, również opisana na tej stronie.

Ja rozpoczęłam na próbę uprawę w doniczce. Umieściłam ziarenka pszenicy na kiełki na nienawożonej niczym ziemi, lekko je przysypałam. Podlewałam codziennie i po kilku dniach ziarna wykiełkowały.


Wyglądały ekstra, zwróccie uwagę na te krople wody . Pojawiłały się na źdźbłach zawsze rano, jak rosa. Potem roślina zaczęła rosnąć gwałtownie - dosłownie wieczorem można był·o zauważyć wyraźną różnicę w porównaniu z porankiem. Hodowałam to 12 dni i efekt był taki.




Większą częśc "plonu" zblendowałam i odcisnełam z tej pulpy sok, który dodałam do koktajlu, ale nie mogę za nic wskazać gdzie go widać na tym pierwszym zdjęciu, bo mimo wszystko wyszło około łyżki. Sam w sobie ma kwaśny trawiasty smak, który średnio przypadł mi do gustu. Postanowiłam przyrządzić koktajl z 2 łodyg selera naciowego, 2 bananów i dwóch garści truskawek, które to znalazłam niedawno w kontenerze. Można je zamienić mrożonymi , a z pewnością będzie równie pyszne.

Kilka źdźbeł wrzuciłam i tak w całości. Pamiętajcie jednak, że nie powinno spożywać się dużej ilości całej trawy pszenicznej, ponieważ może wywołać sensacje żoładkowe, ale taka ilość mi nie zaszkodziła. Dodatek wheatgrassa do tego koktajlu - oprócz niesamowicie dobrego wkładu witaminowo-mineralnego - wpływa też fajnie na doznania smakowe . Kwaskowaty smak , kojarzący się ze świeżymi ziołami idealnie pasował do truskawek.

Reasumując moje doświadczenia z wheatgrassem - jaram się tym mega, ale jednak uprawa jest dość czasochłonna, a efekty są bardzo skromne, ponieważ z dużej ilości rośliny uzyskujesz bardzo małe ilości soku. Niemniej jednak warto w to zainwestować trochę miejsca na parapecie i zimą fundować sobie duże dawki naturalnej witaminy C i pokłady żelaza.

***

Teraz druga część rozkmin - o zdrowym podejściu do swojego ciała. Nazwa posta w sumie nawiązuje do tych rozważań, bo nie ukrywam, że zainspirowała mnie do tego zasłyszana reakcja na mój post o mooncupie . Pewna osoba stwierdziła , że pisanie o takich sprawach na blogu kulinarnym jest niesmaczne. Pomijam to, że blog z założenia kulinarny typowo nie jest , ale jednak już dawno innych tematów nie poruszałam, więc nowy czytelnik może o tym nie wiedzieć.

Niech owa niesmaczność tematu stanowi tutaj punkt wyjścia.

Generalnie nie jest nowością, że tzw. dbanie o siebie oznacza dzisiaj dopasowywanie swojego wyglądu i stanu wewnętrznego organizmu do jakichś określonych standardów. Od dziecka uczymy się, że należy mieć taki a nie inny wygląd, takie a nie inne ubrania, jeść to albo tamto. Rzadko kiedy wskazuje nam się na alternatywy i w związku z tym dorastamy z utrwalonym przekonaniem o tym, co jest akceptowalne, ładne . Natomiast wszystko , co od owego przekonania odstaje uznajemy za brzydkie, nieprzyjemne i niesmaczne.

Wielu ludzi nigdy nie kwestionuje wyniesionych z dzieciństwa przekonań i wciąż uparcie broni się przed wszelkimi alternatywnymi sposobami myślenia, życia, jedzenia, ubierania się, mieszkania czy funkcjonowania generalnie. I nic nie byłoby w tym złego, ponieważ każdy ma prawo być takim, jakim chce być. Jednak tutaj pojawia się problem, bowiem prezentowana przez te osoby tzw. "normalność" staje się często pewnym uniwersalnym wyznacznikiem. Wiele osób uzurpuje sobie prawo do nazywania swojego "normalnym", a to rzutuje na negatywne postrzeganie przez nich tego, co odmienne. Wraz z negatywnym postrzeganiem pojawia się też od razu negatywna ocena i uprzedzenia. Po co komplikujemy sobie tak własne życie ? Po co utrudniamy życie innym, którzy nie podzielają naszego myślenia?

Po pierwsze - normalność to rzecz względna. Nie możemy narzucać innym tego, co sami myślimy i tego, w jaki sposób funkcjonujemy. Owszem, dzielmy się swoim punktem widzenia, nie bójmy się myśleć po swojemu i nie bójmy się tych myśli wyrażać słowami. Realizujmy siebie , ale nie przeszkadzajmy realizować się innym. Nie obrzucajmy obelgami kogoś , kto ma rożowe włosy ani kogoś, kto chodzi w szpilkach. Nie oceniajmy z góry kogoś z dziarą na szyi ani kogoś w krawacie. Nie musimy stawać się tacy, jak druga osoba, ale nie krytykujmy , lecz porozmawiajmy i uszanujmy jej decyzje.
Kiedy widzimy, że czyjeś działanie (działanie, a nie wygląd!) powoduje szkody innym, to możemy reagować. Mówmy mu o tym, wyrażajmy swoje zdanie, krytykujmy jego postępowanie. Jednak co jest tutaj niesamowicie ważne - uczmy się wzajemnie od siebie i szanujmy nawzajem swoje wybory.

Nikt nie może sobie rościć prawa do ustalania standardów tego , co ładne i brzydkie, smaczne i niesmaczne. Tzw. prawdy uniwersalne powinny przejść już dawno do lamusa, ponieważ jest tyle poglądów, co ludzi. Nie da się nas wszystkich wsadzić do jednego worka i przykleić etykietkę. Bardzo często owe standardy to tylko kwestia nieprzemyślanych nawyków, upodobań, tradycji i kultury , w której jesteśmy zakorzenieni. Nie bójmy się ich kwestionować, skoro twierdzimy , że coś jest nie tak.

Między innymi z takich powodów, pojawił się tutaj post o mooncupie. Chciałam zaproponować Wam alternatywę wobec zanieczyszczania Ziemi, a napisałam o tym tutaj, bowiem chce , aby pewne sprawy w końcu zostały uznane za normalne, bo przecież takie są.
Nie uważam, aby miesiączka była sprawą niesmaczną, brzydką i nie na miejscu. To nie nowośc , że każda zdrowa kobieta miesiączkuje . Tak samo jak nie jest niczym nowym, że każdy z nas wydala, poci się, brudzi. Dlaczego ciągle spychamy te rzeczy spoza naszego pola widzenia? Dlaczego z taką niechęcia traktujemy swoje ciało i jego fizjologię? Takie myślenie powoduje bardzo niefajną rzecz, a mianowicie sztuczną i trwałą tabuizację czegoś, co jest przecież ... no właśnie, normalne. Chciałoby się rzecz, że poglądy nt. tematów odpowiednich i nieodpowiednich wyniesione są jeszcze z odmętów głębokiego średniowiecza , jednak trochę o tym okresie naszej historii wiem i uwierzcie mi, że o wiele większy szacunek przykładano wtedy do własnego ciała, niż ma to miejsce dzisiaj.
Teraz owym standardem normalności jest wysportowany mężczyzna, w ładnych markowych ubraniach , owiany nutą najdroższych perfum , jedzący śniadanie w ekskluzywnej restauracji. Obowiązkowo nie ma żadnych słabości, a jego portfel potrafi sprostać największym wymaganiom. Do jego usług zawsze pozostaje szczupła wysoka żona, o idealnie gładkich włosach i nieskazitelnej cerze. Nigdy nie zdarzyło jej się ubrudzić sukienki ani przytyć choćby o gram. Nie wydalają, nie wymiotują, nie pocą się. Nie miewają bólu głowy, miesiączki, biegunki, wytrysku.

Wiele osób będzie się teraz śmiało, że przecież to plastikowa rzeczywistość z reklamy. Śmiejemy się, ale przecież sami narzucamy sobie podobne standardy . Dążymy do realizacji czegoś sztucznego i owa sztuczność zlała się w jedno z tzw. normalnością . Zastępuje dzisiaj to, co naturalne. A w naturze zdarzają się i czynności fizjologiczne i osoby o ciałach odbiegających od normy. Powoduje to dużo szkody przede wszystkim w odniesieniu do nas samych, bowiem stajemy się do siebie samych wrogo nastawieni, co rodzi ogromne kompleksy. Zmuszamy nasze ciała do niesamowitych wysiłków, zaklejamy naszą skórę tonami kremów, a wnętrznośći wypełniały niezdrowym - acz modnym - jedzeniem. Co więcej, wszystko co nie pasuje do higienicznego i sterylnego świata jest negowane. Boimy się naszej fizjologii i traktujemy ją jako niesmaczną, co po prostu rodzi chyba jedną z najgroszych form nienawiści - nienawiść do samych siebie.
Dlatego pisałam o tych sprawach tutaj i zamiast dziwnego konstruktu w stylu tam, gdzie brzydko , będe używała słów krew i miesiączka. Jak już o tym mowa, to nie wiem czy wiecie, ale na różnych internetowych forach kobiecych zamiast słowa miesiączka wiele forumowiczek wstawia magiczny symbol @ i już wszystko jest jasne. Chyba jestem jakaś ułomna, bo musiałam w googlach poszukać o co chodzi. Potem stwierdziłam, że to bardzo przykre i niezdrowe, do tego stopnia bać się swojego ciała. Jednak to ich wybór, a ja mam tylko skromną nadzieję, że kiedyś nauczą się akceptować swoją fizjologię.

Sami ustalajmy sobie standardy tego, co uważamy za akceptowalne i nie narzucajmy tych standardów innym. Nie bójmy się odzyskiwać pewnych słów i obszarów naszego życia, skoro uważamy je za normalne. I zamiast atakować myślenie kogoś innego, zastanówmy się czy sami nie powinniśmy przemyśleć swoich definicji i kategorii, jakimi postrzegamy ten świat.
Może nas to czegoś nauczy?

czwartek, 19 sierpnia 2010

Malinowo- gruszkowy koktajl na surowym d.i.y mleku ryżowym.

Strasznie lubie mleka domowej roboty. Juz kiedyś prezentowałam Wam przepis na migdałowe, a teraz nadszedł czas na coś innego- mleko ryżowe.

Przepis generalnie jest identyczny jak na tym blogu, jednak ja nigdy nie dawałam octu. Czasem daje kilka kropel soku z cytryny, ale pomijam ten składnik z reguły. Jeśli nie lubicie smaku takich mlek bezpośrednio to zawsze warto zamieniać nim sojowe we wszelkich wypiekach , naleśnikach, plackach.
Opieranie swojego odżywania tylko i wyłącznie na samych przetworach sojowych, też raczej do niczego dobrego nie doprowadzi. Pomijając już dużo kontrowersji jakie wokół soi krążą ,warto po prostu szukać ciekawych zamienników i urozmaicać swoje życie. Bo nadmiar soi dobry to nie jest, zarówno jeśli chodzi o nasze zdrowie, jak i ekologię oraz prawa człowieka (wybrałam tylko dwa przykłady artykułów). I może te dwa ostatnie obszary nie są zależne od samej rośliny , ale od przedsiębiorstw nastawionych na pomnażanie zysków za wszelką cenę. I nie zrzucajcie drodzy Czytelnicy całego problemu na tzw. przemysł sojowy i wegetarian żądnych nowych wrażeń, bowiem 90% produkowanej obecne soi przeznaczone zostaje na paszę dla zwierząt. Zatem kto tutaj faktycznie napędza to błędne koło?
Jednak i apel do wszystkich niemięsożerców, aby też nie spoczęli na laurach i nie uważali swojej decyzji za szczyt zaangażowania w rozwiązywanie problemów świata. Trzeba mieć oczy otwarte i nie skupiać się tylko i wyłącznie na jednej sprawie. Bowiem problem wyzysku ludzi i innych zwierząt oraz degradacja planety są ze sobą tak mocno związane, że nie sposób rozpatrywać ich z osobna.

Odezwą się głosy, że co ja tutaj mówie skoro nawet nazwa mojego bloga o tofu się rozchodzi. Ja sama też mam w tym swój mały udział, ponieważ jem soję, jem tofu, pije mleko. Jednak staram się ograniczać jej spożywanie i badam etykietki produktów, jeśli chodzi o moje zdrowie. Jeśli natomiast idzie o względy etyczne i wspieranie niefajnych rzeczy swoimi pieniędzmi- to uwierzcie mi, ale nie pamiętam kiedy ostatnio wydałam pieniądze na sojowy produkt. Trzeba wiedzieć, gdzie szukać :)

Do koktajlu wróćmy . Mleko ryżowe jest dość specyficzne w smaku i konsystencji, niemniej nie utrudnia to przyrządzenia smacznego napoju idealnego na każdą okazję.



  • pół litra mleka ryżowego domowej roboty (nieosłodzonego )
  • pół szklanki malin świeżych
  • dwie ultra słodkie i dojrzałe gruszki, pokrojone w kostkę
Całość zmiksuj blenderem i gotowe!

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Totalnie darmowa konfitura morelowa & rabarbarowy kompot z recyklingu.

Lipcowe upały były dość niekorzystnym okresem na pozyskiwanie darmowego jedzenia z kontenerów. Wysokie temperatury sprawiły, że śmietnik działał jak piekarnik-inkubator, wszystko niestety psuło się w zastraszającym tempie . Ciężko było trafić na jakiekolwiek przydatne do spożycia produkty. Jednak mamy już sierpień, pogoda bardziej sprzyjająca i łowy coraz obfitsze.

Nie będę wypisywała ile znowu naznosiliśmy jedzenia do domu, bo za długo by wymieniać. Podaje zatem dwa przepisy na szybkie wykorzystanie sezonowych znalezisk.


Konfitura morelowa
  • 15 moreli
  • łyżeczka syropu z agawy lub cukru trzcinowego
Morele wypestkuj i pokrój w kostkę. Smaż w rondelku przez pół godziny na wolnym ogniu, aż woda odparuje. Na koniec możesz osłodzić, jeśli będzie taka potrzeba.


Kompot z rabarbaru
  • pęczek rabarbaru
  • kilka łyżek cukru trzcinowego
  • 2 litry wody

Rabarbar obierz ze skórki, pokrój na drobne kawałki. Zalej wrząca wodą i gotuj pod przykryciem przez 20 minut. Następnie przecedź przez sitko , posłódź do smaku.


***

Niby tylko smarowidło i niby tylko napój, ale niestety - tradycje domowych przetworów zanikają. W szybkim świecie wygodniej jest wziąć dżem z polki w markecie i zapić go sokiem z kartonu. Nie wiecie nawet, ile niefajnych rzeczy ląduje w Waszych żołądkach, nie mówiąc już o horrendalnych ilościach cukru. A ile niepotrzebnych śmieci zasypuje planetę!
Robiąc dżemy, soki, kompoty w domu masz po prostu pewność co do składników użytych w czasie produkcji. Sam/-a kontrolujesz ilość cukru, jakość owoców. I przede wszystkim sam/ - a możesz mieć tą satysfakcję, że nabyłeś / - łaś jakieś nowe umiejętnośći, które pozwalają Ci zjeść dobrze i tanio (bądź za darmo :)) .
No bo chyba nikt nie będzie się kłócił ze mną, bowiem dżem z marketu ( zawartość wody z cukrem 70%; konserwanty, zagęszczacze, barwniki, chemia -20 %, zawartość owoców - 10 %) nijak ma się do prawdziwych domowych konfitur.
Bardzo wiele osób rezygnuje z przyrządzania domowych przetworów owocowych, tłumacząc to brakiem czasu. Nie będe się rozpisywać na temat tego, ale straszne jest to, że ludzie tak pozwalają pracy na odbieranie im życia. To temat na długi post.
Jedno tylko powiem- im mniej potrzebujesz, tym mniej wydajesz pieniędzy. Im mnie wydajesz pieniędzy, tym mniej musisz pracować. Jeśli coraz więcej rzeczy potrzebnych nabywasz darmowymi sposobami, może dojść do sytuacji, że z pracy zrezygnujesz w ogóle (tak,mieszkać też można gdzieś za darmo, wystarczy dobrze pokombinować). I wtedy cały swój wolny czas, całe odzyskane życie możesz poświęcić na spełnianie swoich pasji, pomoc innym, realizację marzeń. Nagle odkryjesz, że przygotowanie dobrego obiadu zajmuje raptem pół godziny, a słoiczek pysznych konfitur robi się praktycznie sam .

Ja sama jestem na drodze do całkowitego uniezależnienia się od pieniedzy, bowiem od kiedy przestałam się nimi przejmować, z każdym dniem zauważam , że coraz mniej ich faktycznie potrzebuję. Mam teraz bardzo dużo czasu na odkrywanie i uczenie się tego, na co jeszcze rok temu nie miałam szans. Spróbuj spojrzeć na kwestię pracy i pieniędzy inaczej niż do tej pory. Oczywiście, jeśli Twoja praca wiąże się z pasją i nie dbasz o finanse - jesteś na dobrej drodze. Jednak jeśli zmuszasz się do czegoś - po prostu przestań przykładać do tego tak wielką wagę. Tak naprawdę, im mniej się pieniędzmi przejmujesz, tym mniej Ci są potrzebne.

Podać przykład ? Dwa tygodnie spędzone w Czechach za 100 złotych,a byłoby jeszcze mniej, ale chciałam przywieźć kilka książek i zinów z Fluff Festu, festiwalu hc/punk , który odbył się pod koniec lipca w Rokycanach. Tak, nawet bilety wstępu udało się nam "odrobić". Trzeba tylko się rozejrzeć :)

Kolejny przykład , wizualnie udokumentowany? Tak, za darmo.


środa, 14 kwietnia 2010

Matcha!




Już kiedyś pisałam o maniactwie herbacianym, jakiemu niestety uległam parę lat temu. Teraz juz jest znacznie lepiej, ale ulubione herbaty i ziola nadal stoja na półeczce.
Przedstawiam Wam jedną z najbardziej zadziwiających zielonych herbat - matcha. Proszkowa herbata używana w ceremoniach picia herbaty Chanoyu.
Klasycznym sposobem parzenia są oczywiście wszystkie ceregiele związane z ceremonią, jednak dla indywidualnych potrzeb możesz ogarnąc to w następujący sposób: ok. 1-2 łyżeczki na miseczkę ok. 0,3 l zalewamy przegotowaną wodą o temperaturze około 70-80 stopni i energicznie mieszając doprowadzamy do rozpuszczenia.

Przez zachodnią kuchnię matcha wykorzystanazostala oczywiscie na milion sposobow. Na jej bazie tworzone są mleczne napoje, shake'i. Mozna jej dodawac do wypieków, które w ten sposob uzyskaja przyjemny smak i pistacjowy kolor - ciastka, serniki, babeczki. Niedługo wrzucę przepis na jedną z takich pyszności.

Zdjęcie stąd.


Narazie mój ulubiony przepis - matcha kokosowa . Jesli macie spieniacz do mleka - zróbcie sobie matcha latte.

Składniki:
  • 1 łyżeczka herbaty matcha
  • 3/4 szklanki mleka roślinnego
  • 4 łyżki mleka kokosowego
  • łyżeczka syropu z agawy lub cukru trzcinowego (opcjonalnie)

Herbatę matcha rozpuszczamy w 2 łyżkach zimnego mleka roślinnego. Najlepiej uzyć do tego blendera, wtedy nie bedzie zadnych grudek. Resztę mleka wlewamy do rondelka i podgrzewamy, po paru minutach dodajemy mleko kokosowe, mieszamy i dalej podgrzewamy. Kiedy pojawi się para i na powierzchni mleka pierwsze małe bąbelki , dodajemy uprzednio przygotowaną miksturę z matcha.

Całość można przygotować także na zimno i podawać z kostkami lodu.


sobota, 27 marca 2010

Narial dudh , czyli gorące mleko kokosowo-waniliowe z bananem.

Wiem, wiem, że wygląda jak szklanka mleka sojowego i już. Mogłam posypać z góry kakao lub cynamonem, abyście zobaczyli, że jest ultra gęste. Musicie mi jednak uwierzyć i pokusić się o spróbowanie tego cuda. Przepis jest zweganizowaną i uproszczoną wersją popularnego w Indiach napoju o nazwie narial dudh . Oryginalnie przyrządza się go z miąższu świeżego kokosa , gotowanego z przyprawami i bananami w mleku. Całość trwa ponad godzinę i wymaga częstego przecedzania mikstury aż do uzyskania pożądanej gęstości.

W mojej wersji oczywiści mleko krowie zastąpione sojowym, a proces żmudnego rozłupywania kokosów, wyciągania miąższu i całej zabawy związanej z rozgotowywaniem wspomnianego, skróciłam sobie wykorzystaniem mleka kokosowego z puszki.

Składniki (na 4 kubki)

  • 0,5 szkl. mleka sojowego waniliowego lub naturalnego
  • 1 szkl. mleka kokosowego pełnotłustego
  • 3 banany
  • 1/2 łyżeczki przyprawy chai masala ( mam bardzo drobno zmielona mieszankę przypraw : kardamon, cynamon, imbir, pieprz czarny, goździki)
  • ew. cukier trzcinowy lub syrop z agawy do osłodzenia

Wszystkie składniki zmiksuj blenderem i przelej do rondelka. Następnie podgrzej aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Podawaj gorące.

sobota, 6 marca 2010

Adrak czai- herbata z imbiru

Jeszcze nigdy sie z Wami tym nie dzielilam - jestem maniaczką wszelkich herbat i innych gorących napojów. Obojętnie od pory roku i temperatury za oknem potrafię wypić 5 - 7 kubków dziennie. W domu mam całe pudło różnych rodzajów, a ostatnio i tak ograniczylam je strasznie;] I nie mowimy tutaj o herbatach ekspresowych imitujacych normalne napoje. Najlepsze napary uzyskasz z herbat liściastych, zalewanych temperaturą odpowiednią do rodzaju. Nie bede tutaj robic mini przewodnika, bo Was zanudze.

W kazdym razie nie ma herbaty zielonej- jest okolo 80 rodzajow zielonych herbat, bez liczenia tych aromatyzowanych.
Dla przykładu (zdjęcie znalezione w necie) :



Herbaty powyżej to Matcha (w proszku, używana na ceremoniach herbaty, niedługo zamieszczę przepis na muffinki z jej wykorzystaniem), Sencha (najpopularniejsza , cięta zielona herbata), Hojicha (palona herbata zielona z małą zawartością kofeiny).

Nie ma herbaty zwyklej - jest okolo 150 rodzajow czarnej herbaty, w zaleznosci od czasu zbiory, sposobu fermentacji, łamania czy zwijania liści. Zdjęcie też z neta



Nie ma jednej herbaty owocowej czy ziolowej - jest ich tyle , ile owoców i ziół Ziemia nosi.


O białych, czerwonych, rooibosie czy honeybush można powiedzieć to samo co wyżej.



Często zapominamy, ile dobrego swojemu organizmowi możemy dostarczyć przez picie odpowiednich rzeczy. Koncentrujemy się na jedzeniu, ale napoje też dostarczają dużo dobrego. Poza obowiązkowymi ośmioma szklankami wody dziennie, powinniście czasem sięgnąć do naparów herbacianych lub ziołowych.

Osobiście bardzo ograniczam białą i czarną herbatę oraz kawę , co sugeruję też innym. Nie to, że nie lubię jej smaku , bo w sumie to za nimi przepadam ( zwłaszcza latte). Jednak nie jest problemem ograniczenie tego do jednego kubka na tydzień, wypitego w dużym odstępie od posiłków. Dlaczego ograniczam i po co odstęp czasu? Teina (najwięcej zawiera jej czarna i biała herbata) i kofeina blokują drastycznie (nawet do 70% ) wchłanianie żelaza i wapnia z pożywienia, obniżają też zdolność przetwarzania białka. Kofeina dodatkowo wypłukuje magnez. Zeby uniknąć takiego działania , powinniście pić te napoje w odległości około 2 godzin przed i po posiłku. Zatem żeby zjeść drugi posiłek potrzebowalbyś odczekać kolejne 2 godziny. Daje to nam razem 6 godzin , co jest w sumie trudne do ogarnięcia;]

Wiadomo - nie można popaść w paranoję i od wielkiego dzwona wypijam sobie do ciastka kawę :)

Pamiętaj jednak, że obojętnie czy jesteś weganinem czy nie, powinieneś uważać - czarna herbata lub kawa do śniadania = wyrzucenie zawartości talerza do śmietnika.

Przestaw się na inne rodzaje - zielone herbaty mają najniższą zawartość kofeiny, a roiboos czy honeybush oraz napary ziołowe i owocowe nie mają jej w ogóle. Kawy zbożowe (zwłaszcza orkiszowa) potrafią zadziwić. Problemem jest to, że jesteś przyzwyczajony do ziół z torebki i jak tylko uslyszysz taką propozycję to przypomina się smak obrzydliwego rumianku czy szałwi do płukania gardła w chorobie. Jak dobrze poszukasz po zielarniach, to znajdziesz na pęczki mieszanek ziołowo - owocowych, które zgniotą utrwalone stereotypy.

Jeśli jesteś tradycjonalistą - wybieraj przynajmniej bezkofeinową kawę i herbatę. Owszem - chemiczna ingerencja, ale lepsze to niż przyjmowanie zastrzyków z minerałami i gwarantowana osteoporoza.

***

Jeśli przebrneliście przez ten moralizujący i nudny wstęp - ogarnijcie ten przepis. :) Sprawdza się niesamowicie jako napój rozgrzewający przy wszelkich słotach, ale można pić go niezależnie od temeperatury i poziomu wilgotności za oknem. Najwazniejszy jest tutaj imbir, który oczyszcza organizm z toksyn i przyspiesza jego regenerację. Zawsze ratuję nim siebie i najbliższych z wszelkich początków przeziębienia - kilka szklanek i choroba nawet dalej się nie rozwinie.

Jeśli mi nie wierzycie - sprawdzcie sami!

1, 5 l wody
kawałek korzenia imbiru, wielkości kciuka, pokrojony drobno lub starty na tarce
2 cytryny , pokrojone w plasterki
łyżka mielonego cynamonu
szczypta pieprzu
syrop z agawy lub cukier trzcinowy - do osłodzenia

Zagotować wodę z imbirem i cytryną. Dodać cynamon i pieprz gotować przez około 10 minut. Potem można przecedzić, ale nie jest to konieczne. Podawać gorący i osłodzony w zależności od gustu.

Można dodawać do niego anyż, kminek czy pomarańcze i suszone jabłka. Kombinujcie do woli!